Chciałoby się rzec: wylogowałem się do życia. Jednak piszę ten tekst na własnym blogu a nie na kartce papieru, więc trudno w tym przypadku mówić o całkowitym odcięciu się od sieci. Nie mniej jednak przeszywa mnie niesamowite uczucie lekkości i czystości umysłu. Po około 11 latach codziennego kukania w stylu: "a co tam na fejsie" czuję się jakbym znów był 15 latkiem, patrzącym na życie z bezgranicznym entuzjazmem. Mam wrażenie, że dotarłem do punktu wyjścia i mogę ponownie objąć kontrolę nad swoim czasem, ustalić system wartości, który był niekiedy chwiejny.
Minęła doba. Zanim moje konto zniknie bezpowrotnie musi minąć miesiąc. Kiedy kilka lat temu rozważałem opcję pozbycia się FB miałem ogromny dylemat. Istniało zbyt wiele istotnych dla mnie punktów, których bezpardonowe porzucenie mogłoby się skończyć pożałowaniem tej decyzji. Mam na myśli postrzeganie owego portalu jako narzędzia do rozwijania pasji i projektów.
Wszystko jednak ma swój koniec. Również poświęcanie czasu na wspomniane kwestie, stawało się stopniowo bezcelowe i zatraciło swoją pierwotną, unikatową wartość związaną z myśleniem perspektywicznym.
W zasadzie mógłbym napisać tutaj litanię długości Muru Chińskiego, ale nie uważam bym dokonał jakiegoś niezwykłego osiągnięcia. Zatem nie będę pochylał się nad tym tematem zbyt intensywnie. Uciekłem od Facebooka, który stał się dla mnie kopalnią negatywnych emocji i prowadzących donikąd dyskusji. Nie oznacza to jednak, że popadłem ze skrajności w skrajność. Odcinam się, by pozostać w zgodzie z własnym sumieniem i myślę, że to dostateczny powód.

































